14666182_1145197085549934_8947239889508023515_nZaczęło sie od tego, że na 4 dni przed wylotem do Kolumbii dowiedziałam się, że z 7. dni Bienale, 5 jest roboczych….
podziwiałyśmy zatem Cali z 17 pietra hotelowego pokoju,
gościłyśmy się na bankietach, kanapkach i konferencjach, po to by później, biorąc przykład z tamtejszych mrówek,zapierniczać w upale i hałasie tego ogromnego kolumbijskiego miasta i zdążyć ułożyć 11 m2 puzzla w wyznaczonym przez organizatorów czasie… BOGOWIE MIELI INNY PLAN…..

14702219_1145197558883220_5863594039686097453_n

14690866_1145195545550088_8218956168535240870_n

14708243_1145195075550135_8143044159164157298_n

14657493_1145194845550158_4851098821223322127_n

14656333_1145194962216813_2315643342384810264_n

” sztuka ratuje życie” i „nie zabieramy ludzi do muzeum, zabieramy muzeum do ludzi” to dwa hasłą jakimi kieruje się MULI, czyli Museo Libre, działające w CAli/Kolumbia.Bienale, organizowane po raz 3, jest tylko jedna z aktywnosci które prowadzą.Ich główne działania to zmienianie przestrzeni biednych dzielnic, aktywizowanie mieszkańców poprzez działania artystyczne takie jak np. malowanie domów, warsztaty z dzieciakami, recykling gratów i tworzenie z nich ciekawych, użytkowych form do odpoczynku czy zabawy.
Bienale w którym wzięło udział kilkudziesięciu artystów z Kolumbii i zagranicy ( juz sama nie wiem ilu bo jedni byli zaproszeni, inni,zakwalifikowani, jeszcze inni dołaczyli bo przechodzili obok)
Prace które powstały to malowidła, mozaiki, instalcje uliczne, instalacje w galeriach, rzeźby.
Całe wydarzenie było mocno promowane w miescie i poza miastem.Do kazdej z lokalizacji w której pracowali artyści przychodziły wycieczki, którym prezentowano prace, twórców, czasem, (często) zadawano pytania, oczekiwano podzielenia sie refleksją nt. pracy. Edukacja artystyczna „in vivo”
Z mojego punktu widzenia bardzo potrzebna, ale tez mocno meczaca w momencie gdy próbuje się pracować, bo zwyczajnie rozprasza.
W tym momencie w Cali jest ponad 300 murali zrealizowanych dzięki działaniom MULI.
tutaj l;ink do długofalowego działania w dzielnicy 20, Siloe, gdzie my także byłyśmy…bo tam zadecydowano, ze będzie montowany „Człowiek”
https://www.youtube.com/watch…
zdjęcia z wycieczki po Siloe, w towarzystwie naszych „aniołów” czyli opiekunów/ochroniarzy i pana Davida, lidera społeczności lokalnej.Obecnośc Davida podobno była gwarantem bezpieczeństwa w dzielnicy. Nie wiem czy to do końca prawda…jeden z murali malowanych w Siloe nie mógł być skończony bo któregos dnia na ulicy zrobiło sie „ciepło” i padły strzały….
David z całą pewnośćia był świetnym przewodnikiem, opowiadaczem historii tej ponad stu letniej dzielnicy.Odwiedziłysmy szkołę muzyczna, malutkie muzeum pamiatek dzielnicy, plac zabaw, dom zagorzałego fana drużyny futbolowej…
Siloe to miasto w mieście.

14681652_1145752352161074_3048749608678599766_n 14702358_1145752282161081_790634597636804415_n

14713707_1145752002161109_4744578860060270160_n

„Światy równoległe” czyli to co się dzieje gdy powstaje mozaika w Kolumbii

jeden to:
-4.stoły na których leży projekt,
-dziewczyny które chca wiedziec co robimy i jak to robimy;
-wycieczki z MULI które raz na godzine przychodzą nas zapytać co robimymy, jak robimy, gdzie „to” bedzie zamontowane po to by na końcu nas „oklaskać” i podziękować że jestesmy tutaj by dać im naszą pracę;
-upał i hałas

drugi
znacznie bardziej subtelny, zmysłowy świat kolorów i ruchu na ulicy, sposobu mówienia, zdrabniania absolutnie kazdego rzeczownika, rozmowa nie tylko przy użyciu słów ale i gestów, dotyk, uśmiechy

trzeci …. GWAŁT..
„jesteśmy spadkobiercami przemocy” to zdanie trwale wpisało się w moją pamięć…w Ameryce Południowej( to moja trzecia tam podróż) poznaję „podmiotowość europejczyka”, nie kartezjańską „ego cogito” ( myślący), ale „ego conquiro” ( zdobywający).
Podmiotowość nowoczesna naznaczona jest przemocą która Hiszpan ( a potem inne nacje)stosują wobec Indian.
„Bóg jest w niebie, król jest daleko, ja tu rządzę”

Przemoc fizyczna to jedno, zniszczenie, gwałt „imaginarium” czyli świata wyobraźni, zbioru ogółu pogladów to drugie.

„Ewangelizacja Indian oznaczała nie tylko próbę przenikniecia do etyczno-mitycznego trzonu ich wyobraźni, ale również doprowadzenia do rekonfiguracji ich procesów gnoseologicznych (poznawczych)
Zdobywcy starają sie narzucić swoje imaginarium za pośrednictwem religii, aby nastepnie zaszczepic swoje własne wartości, światopogląd, kulture moralność.
„Podwójna swiadomość” to termin stworzony by scharakteryzować dylemat z którym borykają się podmiotowości ( ludzie) ukształtowane w różnicy kolonialnej, w procesach , których doświadcza się w świecie życia codziennego z pozycji podwładności.
Luis Andrade „Ameryka Łacińska.Religia bez odkupienia”
Ameryka Łacińska to społeczeństwo złożone z ludzi posiadajacych „podwójną świadomość”odziedziczoną po immigrantach i kolonizatorach oraz tych posiadajacych „podwójną świadomość” odziedziczoną po niewolnictwie.

Co do tego ma sztuka?
Ano dużo…bo własnie z róźnic społecznych, dużego procentu analfabetów w społeczeństwie zrodził sie ruch muralistów w Meksyku,Ruch ludzi posługujacych sie obrazem na ścieżce poszukiwania własnej tożsamości narodowej, tożsamości spadkobierców kolonizujacych i spadkobierców kolonizowanych.

Splot…..

14729267_1148448891891420_214958457153513073_n

Podczas spotkań poza Polską, artyści często rozmawiają o swoich wzorcach, o rodzimych artystach, o ruchach artystycznych. W Cali ktoś zapytał kogo cenię ja.
Odpowiedziałam Wyspiańskiego i wyłuszczyłam dlaczego uważam go za absolutnego geniusza, na miarę Gaudiego czy Leonarda. Wszechstronny twórca, niezwykły wizjoner i rzemieślnik w jednym…na świecie mało znany.

„Bóg ojciec” to jedna z moich ulubionych prac Wyspiańskiego. Uwielbiam jej dramatyzm, jej logikę i brak logiki na raz, szaleństwo i potworność stwórcy jakiego stworzył artysta.

„Siła wyższa” to element, który pojawia się w moim życiu gdy :staje „pod ścianą”, gdy nie umiem znaleźć rozwiązania, nie umiem się zatrzymać.

W Cali było tak samo.
Praca artysty MUSI BYĆ RADOŚCIĄ, w choć w części. Nie może być wyłącznie stresem, wyścigiem z czasem, zadaniowością.
A w Cali właśnie tak było.
Do realizacji był bardzo duży format w bardzo krótkim czasie, ostatecznire o 2 dni krótszym niż początkowo informował organizator.
Dodatkowo warunki warsztatowe ograniczały możliwości. Konkretnie, do pracy miałyśmy 4 nierówne stoły i wąską na 20 cm siatkę budowlaną…a projekt zakładał stworzenie idealnie prostych linii przecinających tło pod różnymi kontami.
I co się stało?
W 6. dniu, z 7. praca była ułożona. Pozostało skorygować pokrzywione miejscami linie.Można to było zrobić wyłącznie kładąc pracę na idealnie płaskim podłożu.
Nadludzkim wysiłkiem, 
[bo na tym etapie miałam serdecznie dość pospiechu, pracy, kierowniczych obowiązków ale przede wszystkim tego, że nie mam możliwości po prostu spokojnie popatrzeć na to co robimy, przez chwilę nie myśleć, dać się ponieść temu, że „to i to” mi nie pasuje, wsłuchać się w to wielkie „nie wiem co jest nie tak ale coś jest nie tak” (…)]
zarządziłam, że , tego dnia wieczorem,przenosimy pracę na plac, na kamienne płyty.
I przenieśliśmy. Do pomocy w przenoszeniu i cięciu mozaiki na sekcje włączyli się Kolumbijczycy.

Zrobiło się ciemno, mało było widać….i zaczął padać deszcz… Zamiast się tym martwić poczułam radość, taka radość wariata, który całą logike tego swiata ma głęboko „ w pompie”, radość, że właśnie „siła wyższa” powoduje że muszę odejść z miejsca w którym wcale nie chcę być, radość,że w dodatku nikomu się z tego i nie będę musiała wytłumaczyć ( no bo przecież wszyscy chcą wiedzieć co i czemu, a potem przekonać, że może jednak spróbujemy inaczej, że bla, bla, bla)
Mówię dziewczynom, że zakrywamy mozaikę.
Widzę, że nie mamy plastiku, że ten który jest, jest słaby…
Przeżyłyśmy już deszcz tropikalny na tym biennale i wiemy, że jest mocny, że rozkleja klej….
Zakrywamy mozaikę czym się da i jedziemy do hotelu.
Wszystkie zmęczone jak smoki.
W holu hotelowym spotykamy szefową projektu Carolinę,która pokrzykuje: chodźcie, chodźcie, „chiva” ( autobus z półotwartym piętrem, w którym nieustannie gra muzyka) zaraz odjeżdża, poczekamy na was, jedziemy oglądać miasto nocą!
Przebieramy się, ciuchy robocze zostają w hotelu, a my w sukienkach i makijażach biegniemy do wesołego autobusu.
Wciąż pada.
Chiva zabiera nas i przejeżdża koło plazoleta Jairo Varela, gdzie na podłodze leży nasza mozaika.Zalewa ją ok. 5 cm wody.Patrzę i wiem, że na następny dzień, nie będzie czego podnieść z ziemi…że ten obraz właśnie się rozpłyną wraz z tropikalnym deszczem.
Wiem, że to jest właśnie siła wyższa, pojawia się by zmienić bieg zdarzeń. Że teraz będzie nowy początek, że „człowiek” z obrazu będzie jakis inny…nie wiem co będzie, ale będzie inaczej. 
Mówię Izie i Ewie , że mozaika właśnie została zniszczona.One spoglądają na mnie i mówią: nie, no co ty, może się uda….napewno się uda.

Wiem, że się nie uda. Wiem też, że żałuję, że są ze mną, że „tu i teraz” nie ma szans na to byśmy się zrozumiały…

Tej nocy w hotelowym barze przekonuję się, że nie ma w nim wódki…..

 a-banas

                        ” Bóg ojciec, Stań się” fot. A.Banaś

14720567_1150760481660261_5305748710154729113_n

14690877_1155234614546181_501925699793706699_n

14718840_1150760601660249_1148402610322987434_n

14720540_1150760574993585_5527214836813118398_n

Gabinet osobowości
Codziennie w windzie spotykamy innych uczestników biennale. Część z nich widzimy później na placu Jairo Valera gdzie pracujemy, część znika w swoich lokalizacjach.
Jest wielu malarzy, w zasadzie większość uczestników to malarze i rysownicy, którzy pędzelkami, sprejami, pisakami czy ołówkami muskają swoje płótna. Pracują raczej solo, choć są dwa zespoły.

Część z nich to serdeczni, wylewni , troskliwi i wiecznie gadatliwi osobnicy.
Inni, są trochę jak motyle…. Efemeryczni, nieuchwytni, zawieszeni w swoich światach, czasem piękni, czasem prawie autystyczni. Ci drudzy zwykle nocą wykazują większą aktywność. Jest też kilku z którymi można gdzieś cichaczem przysiąść i „po-nic-niemówić”.

14691123_1152329181503391_5665310908557311551_n

14642453_1152325404837102_8149399637790274909_n

„z facetami”
W Cali dzień zaczyna się wcześnie, przed 6. jest już jasno. Ludzie w znacznych ilościach pojawiają się na ulicach przed 5. O tej samej porze wychodzę z hotelu by upewnić się w tym czego i tak jestem pewna.
W holu jeden z naszych aniołów próbuje mi wytłumaczyć, że nie mogę iść sama, że taksówki będą dopiero po 6., żebym poczekała…
Macham ręką, że wszystko dobrze, żeby dali już spokój… plazoleta Jairo Varela jest o 7min szybkim krokiem od hotelu gdzie jesteśmy zakwaterowane.
Idę przez park nad rzeką, a może ściekiem. Różnie mówią…zależy z którym taksówkarzem się rozmawia. Ci bardziej powściągliwi twierdzą, że to rzeka, ci mniej, że ściek, bo domy w takiej a takiej części miasta nie mają kanalizacji i wszystkie nieczystości spływają właśnie tu.
Woda nie jest czysta, ale nie śmierdzi też jak szambo, więc ciężko stwierdzić jak z tą rzeką/ściekiem jest naprawdę.

W parku jest mnóstwo ptaków: najwięcej małych turkaweczek i kanarków są też azulejo, churrinches, venteveos, kolibry, papugi i inne, z czasem rozpoznane lub nie gatunki, rosną też olbrzymie fikusy i inne tropikalne drzewa.
Spacer jest bardzo przyjemny.
Na placu nie ma prawie nikogo.
Mozaika leży zalana wodą, przykryta plastikami zalanymi wodą…woda jest wszędzie.
Ściągam kolejne plastiki, woda spływa z nich z pluskiem.
brrrrr
Poza sekcjami wykonanymi w Polsce przy użyciu „naszego” kleju, „naszej” siatki i nie „naszej” ale sprawdzonej folii zabezpieczającej mozaike,żadnej sekcji zrobionej w Kolumbii nie można podnieść-elementy odpadają od siatek, siatki odpadają od płytek….DEGRANGOLADA.

Kręcę się jeszcze chwilę po placyku gdy nagle słyszę radosny głosik krzyczący-AMIGA!!!…
oto nadchodzi ON, mój najlepszy kolumbijski znajomy- 6-cio letni Patryk. Maszeruje przez placyk za rękę ze swoim tatą. Ma na sobie białą koszulkę z kołnierzykiem, jest uczesany a tata dzieży w ręce tornister.
Dzieci w Kolumbii zaczynają szkołę między 6a7.
Patryka poznałam w czasie pierwszego tropikalnego deszczu. Od tego czasu codziennie po południu wpadał na placyk na hulajnodze, wrzeszcząc w niebogłosy
-AMIGA! po czym kręcąc kółka na hulajnodze wokół naszego stołu zadawał stos pytań, lub po prostu opowiadał co miał ochotę.

Tego ranka, idac za rękę z tatą, popatrzyła mnie i zapytał
-Cuantas veces te has corrado hoy? (ile razy się już dziś przecięłaś?)
– hoy, todavia no me corte. ( dzisiaj jeszcze się nie przecięłam)
– Ten cuidado! Cuando vuelvo de la escuela, te vengo a ver. ( Uważaj ( na siebie). Jak skończę szkołę, przyjdę do ciebie)

Wracam do hotelu, dziewczyny pomału się zbierają do wyjścia na śniadanie.
Dziś „z założenia” miał być dzień na „zakup torebki i znalezienie kesza”
„Z założenia”, bo zgodnie z planem Iza i Ewa miały iść zwiedzać miasto, a ja z chłopakami z MULI na rusztowanie i montować mozaikę.
Deszcz tego planu pokrzyżować nie mógł, Migel czeka na sygnał by towarzyszyć dwóm paniom w wycieczce po mieście. „Moich chłopaków” odwołuję pisząc, że szlag trafił robotę a, co dalej, będę informować.

Jemy spokojnie śniadanie, potem idziemy na placyk, robimy „jako taki” porządek z mozaiką wyciągając sylwetkę człowieka z jej środka i odkładając na bok tło nad którym pracowałyśmy przez ostatnich 5 dni.

Planuję zamontować samą sylwetkę na ścianie i domalować jej tło.
Kontaktuję się z moim „czarnym aniołem” i mówię, że po południu chciałabym pojechać do Siloe. Aleksis, bo tak ma na imię został mi przedstawiony jako „czarny anioł” przez Itati, koleżankę z Argentyny. „Con El no te pierdes Justyna” ( z nim się nie zgubisz) powiedziała.

Faktycznie.Aleksis jest spokojnym facetem, jedynym ze wszystkich „aniołów” który nie mówi ciągle, że „tam jest niebezpiecznie”, jedynym który „va a su aire” ( żyje w swoim świecie) współpracując z resztą wolontariuszy ale też nie dając sobie wleźć na głowę nadmiernej ilości zadań. Ma zadziwiająca umiejętność pojawiania się i znikania, gdy musi załatwić jakieś swoje prywatne sprawy.

Umawiamy się na ok. 14. By pojechać do Siloe.
Do tego czasu robię nową podstawę na której ma stać „człowiek”.
Pracujemy razem z Itati koło siebie prawie nic nie mówiąc. Itati kończy swój panel i też wie że nie skończy na czas, że będzie musiała kupić nowy bilet na samolot powrotny do Argentyny. Nie martwi jej to.

”El unico riesgo es que te quedas aqui” ( jedyne ryzyko to to, że tu zostaniesz) brzmi turystyczne hasło reklamowe Kolumbii (…)

Aleksis, pojawia się koło 14.Mamy klej, „człowieka” bez tła, drabinę i wyżebrane od kolegów malarzy pędzle, 2. puszki farby i jakieś inne pierdółki niezbędne do całej operacji.
Wsiadając do taksówki mówi do mnie
-Justi, me pareces cansada, cuando acabaremos te voy a invitar a algo tipico de aqui. ( Justyna, wyglądasz na zmęczoną, gdy skończymi, zaproszę cię na coś specjalnego stąd)

Brzmi jak słodka, niemoralna obietnica 🙂

14690895_1155234774546165_3979727610430644922_n
14729216_1155235127879463_1840789920181278289_n

14725755_1155234201212889_2678912628829057219_n                                             Patryk

Jedziemy do Siloe. Na trasie znowu mijamy bilbordy przypominające o referendum w sprawie pokoju. Zaskakujące dla mnie jest to, że w tej sprawie jest tak wiele bilbordów oraz, że ilość tych na „tak” i na „nie” jest taka sama ( przynajmniej tak to wyglada).
Dojeżdżamy do Siloe i taksówkarz wyraża swoją niepewność…czy aby na pewno możemy dojechać do „stacji niebieskiej”. Aleksis przekonuje go, że możemy i że nic mu się nie stanie w drodze powrotnej gdy będzie wracał bez nas.
To kolejna obserwacja: mieszkańców Cali możena podzielić na tych którzy akceptują obecnośc biednych dzielnic bez emocji, tych którzy się w nie angażują i próbują coś zmienić na lepsze oraz tych którzy najchętniej zanegowali by ich istnienie, nie mówiąc o nich wcale, lub mówiąc, że nigdy by tam nie poszli/pojechali.

Dojeżdżamy na stację.Wypakowujemy manatki i zabieramy się do pracy. W koło kręci się kilkoro dzieci fikających salta, mostki w przód, mostki w tył. Po kilku minutach są przy nas, patrzą co robimy i zadają podstawowe pytanie: co to jest? wskazując na mozaikę w sekcjach.
Odpowiadam-zaraz zobaczycie.
W pewnym momencie pojawia się dwóch instruktorów i gromadka dzieciaków zaczyna fikać fikołki pod ich okiem.
Jak się później okazuje mają popołudniowe zajęcia z gimnastyki. Ćwiczą na stacji,bo nie mają gdzie indziej. W stu tysięcznym Siloe nie ma ani szkoły podstawowej, ani szpitala, ani poczty o świetlicy gdzie mogą się odbywać zajęcia popołudniowe nie wspominając. Jest jeden mały skwerek wielkości połowy szkolnego boiska gdzie spotykają się starsi i młodsi w celu odbywania różnych zajęć. Ale skwerek jest na dole dzielnicy, u podnóża wzgórza, a my znajdujemy się prawie na samym szczycie.

Stacja metrocable spełnia funkcję miejsca spotkań.

Zajęcia prowadzone są przez instruktorów różnych pomocowych fundacji.
Dzieciaki ćwiczą, co rusz zerkając co my kleimy.
Gdy cały „człowiek” jest nalepiony któreś z nich podbiega i mówi: es un acrobata! Jak my!( to akrobata, jak my)
„Piękna katastrofa” polegająca na tym, ze szlag trafił całą kolumbijska robotę nabiera ewidentnego sensu.
Uśmiecham się do nich.
Przy pomocy sznurka i ołówka wyznaczam koło w które wpisany będzie „akrobata”.W dalszej części wraz z Aleksisem odmierzamy 5 punktów przy pomocy których wyrysujemy linie pentagramu.
Pentagram to pomysł Krysi, która pomagała robić „człowieka” w Polsce.
Teraz może zaistnieć.
W projekcie który przedstawiłam MULI w kwietniu tego roku, w projekcie zrealizowanym na plazoleta Jairo Varela, w projekcie zmytym przez deszcz, nie było dla niego miejsca.
Tamten „człowiek” był „o czymś innym”, tamten „człowiek” powstał w kwietniu a nie w sierpniu gdy Krysia rzuciła mimochodem, że pentagram wg. Niej by pasował i wyłuszczyła dlaczego.
Po raz kolejny „piekna katastrofa” nabiera sensu…można wykorzystać pomysł kogoś kto współtworzył panel.
Chcę skończyć tę pracę i zbiegi okoliczności które napotykam maja dla mnie sens. Są też w granicach aktualnych możliwości.

Gdy wszystkie linie są wyrysowane ołówkiem, a dzieciaki kończą zajęcia wdajemy się w dyskusję. Pytam czy chcieliby umieścić w kole jakieś elementy graficzne potrzebne akrobacie.
Odpowiadają: szczudła, hulajnoge, rolki….
Niezły eklektyzm –myślę i umawiam się, że następnego dnia, gdy klej zaschnie, wymaluję czerwone koło i błękitne linie pentagramu, a one błękitną farba namalują to co chcą.

Sprzątamy po pracy i wracamy na dół kolejką, po drodze mijając skończona już pracę „Orgullo” (duma) grupy BOA MISTURA z Madrytu, namalowaną na dachu szpitala w dzielnicy sąsiadującej z Siloe.

W przejściu podziemnym stoją dwie panie sprzedające coś do jedzenia.
Aleksis mówi do mnie: estas son cocadas, es lo que queria que pruebas ( to są kokady, to co chciałem byś spróbowała)
Wychodzimy z przejścia i siadamy na murku w oczekiwaniu na taksówkę. Próbuję kokady…jest czymś w formie ciasta zrobionego z wiórów grubo mielonego kokosa zlepionego syropem z trzciny cukrowej i kakao. Mam wrażenie że czas się zatrzymuje. Samochody stoją w korku, a kokada powoli rozpuszcza się w mojej buzi.Grubo mielone wiórki kokosowe rozdzielaja się od masy i czuję wcale nie mocny, ale charakterystyczny smak kokosa….
Gdy udaje mi się powrócić do rzeczywistości mówię do Aleksisa- Iza i Ewa muszą tego spróbować! nim przyjedzie taksówka pobiegnę i kupie jeszcze kilka.
Patrzy na mnie zdziwiony…przecież tutaj nikt nie biega!!!

Wracam do hotelu, dziewczyny zadowolone z dnia na mieście czekają w pokoju. 
Ewka podekscytowana, bo zamiast jednej kupiła dwie torebki-jedną dla siebie, drugą dla Zosi, swojej córki.
Iza zadowolona, choć kesza nie udało Jej się znaleźć, zjadła tropikalną zupę rybną na ryneczku. Były tez w gościach u mamy Migela, który oprowadzał je po Cali. Jednym słowem miały możliwość poznać „ coś” z Kolumbii, a nie tylko pracować.
Kokady im smakują.
Chyba wszystkie mamy wrażenie, że to był naprawdę fajny dzień.
A teraz w dodatku czeka nas pożegnalna kolacja i tańce.

Zbieramy się do wyjścia do Casa Merced.
Na wejściu podają 7. letni rum. Ktoś że znajomych mówi –es el protagonista principal de esta noche.( to główny bohater tego wieczoru)

Wszyscy artyści i organizatorzy są na miejscu, Oglądamy slajdy z minionego tygodnia, tańczymy cumbie, gadamy o wszystkim i o niczym.

Jest miło…nic nie zapowiada kolejnej dynamicznej zmiany jaka ma nastapić kolejnego dnia.

 14523221_1158295470906762_6854938755740256597_n

widok na wzgórza Siloe

14606385_1158295460906763_8293540259565677953_n

            mali akrobaci na stacji metrocable, estacion azul

14716200_1158295724240070_2501498025864134279_n

14650632_1158295450906764_2931145707802690302_n

                        Aleksis montuje to co zostało z panelu

15 września.
Ostatni dzień Bienale, większość uczestników dziś wyjedzie. Zostaną ci którzy nie skończyli…czyli prawie wszyscy artyści mozaiki
Ewa wylatuje wieczorem do Polski.My z Izą mamy bilety na 29 września i plan by popodróżować po tym nieznanym tropikalnym kraju, odpoczywając przy okazji po pracy.
W związku z dynamicznymi wydarzeniami ostatnich 2 dni, wiemy, że w Cali zostaniemy jeszcze jeden dzień, dopóki nie skończę panelu w nowej formie.
Na dzisiejszy poranek planujemy wycieczkę do Puerto Mallarino, miejsca gdzie podobno znajdują się najlepsze prace Bienale- najlepsze, bo mozaiki, betonowe reliefy i rzeźby.
Schodzę na śniadanie pierwsza i po raz pierwszy od dnia otwarcia Carolina , organizatorka Bienale zaczepia mnie.
-Słyszałam, że miałyście problem z wasza pracą, mówi.
-Tak owszem, miałyśmy problem, zmył ją deszcz, ale problem jest już rozwiązany. Praca jest zamontowana w zmienionej formie we wskazanym mi miejscu,Dziś ją będziemy kończyć.
-W jakiej zmienionej formie?
– Zamiast tła z mozaiki, które zostało zniszczone przez wodę będzie tło namalowane farbą. Element który przywiozłam z Polski jest nieuszkodzony i zamontowany już na ścianie. Dodatkowo jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, okazało się,że w miejscu gdzie montowaliśmy mozaikę, dzieciaki z Siloe mają zajęcia z akrobatyki. „Człowiek” spodobał im się, nazwały go akrobatą. Świetnie zareagowały na pracę. Zaproponowałam by uczestniczyły w malowaniu tła.Bardzo się ucieszyły- opowiadam podekscytowana.
– Dlaczego położyłaś pracę na ziemi gdzie zalał ją deszcz?!- Karolina podnosi na mnie głos.
„Czerwone światełka” w mojej głowie zapalają się.
-Dlatego, że na krzywych stołach, które mi daliście i na wąskiej siatce, którą mi dostarczyliście cała praca falowała. Mój projekt zakładał stworzenie idealnie prostych linii, pokazanie kilku różnych przestrzeni i perspektywy. To mogło być osiągnięte tylko poprzez korektę na płaskiej powierzchni, na podłodze.
– W Kolumbii nie produkują szerokiej siatki.
-Rozumiem, dlatego też podjęłam trud pracy na wąskiej siatce i krzywych stołach decydując, że skoryguję pracę na podłodze.
– Nie zgadzamy się na prace którą zamontowałaś w zmienionej formie.
– Karolina, czego oczekujesz? Kilka dni temu ktoś zaatakował płótno na którym artystka rysowała Fridę nacinając je i w pełni zaakceptowaliście tę transformację pracy. Nikt nie dyskutował z wypadkami.
Naszą pracę zlał deszcz, elementy mozaiki się odkleiły. To też był wypadek.
-Planowaliśmy duży panel na tej ścianie, a nie małą pracę.
– Ta praca nie jest mała- mówię. Sam człowiek mierzy na wysokość 3,20 m wraz z postumentem, a odległość od czubka dłoni do czubka stopy to 2,30 m
Pokazuję jej zdjęcia z montażu.
Kręci głową i nie ma zamiaru mnie zrozumieć.
Czuję ,że łzy bezsilności napływają mi do oczu. Tak jak w autobusie dwie noce wcześniej, wiem, że się nie zrozumiemy.
Wychodzę z jadalni bez słowa, bo z założenia nie prowadzę rozmów zawodowych w skrajnych emocjach.

Jadę się wyryczeć do pokoju znajomych artystów. Wchodzę, bez słowa kładę się na pierwszym wolnym łóżku i zaczynam płakać. Dopiero po chwili bezładnie opowiadam co się stało. Każdy wysłucha, ktoś powie, że mu przykro, przytulą i nie dadzą żadnej „dobrej rady”, żadnego rozwiązania, bo chyba wiedzą, że sytuacja jest dość „czarno-biała” i cokolwiek się dalej wydarzy, ktoś będzie stratny.

Smutek to beznadziejna pozycja negocjacyjna….smutek nie ma w sobie energii, smutek ma rezygnację i łzy. Płacząc wiem, że jedyny sposób by obronić pracę w takiej formie w jakiej jest teraz zamontowana na ścianie, to znaleźć w sobie siłę, znaleźć w sobie złość na wszystkie po kolei rzeczy, które były „ nie tak” a na które godziłam się z pokorą.
Nie znajduję…nie mam siły….Jest mi bardzo przykro. Czuję się niezrozumiana.

Wracam na stołówkę bez planu na dalszą rozmowę.
W międzyczasie pojawiają się tam Ewa i Iza. Paznokcie Ewy wydają mi się tego dnia jeszcze bardziej pastelowe na tle sterylnie białej filiżanki, którą trzyma w rękach.
Dziewczyny widzą, że coś jest nie tak, pytają…muszę zdać relację. Ewa nie mówi nic…wylatuje za kilkanaście godzin i dla niej Bienale już się skończyło.
-Zapytaj Karoliny czego oczekuje-mówi Iza
Odwracam się do jej stolika i pytam
– Zapłaciliśmy za wasze bilety i oczekujemy dużego panelu z mozaiki-mówi.
-Zrobiłyśmy duży panel z mozaiki, który jest wart tyle ile nasze bilety. W związku z nieudogodnieniami warsztatowymi jakie napotkałyśmy panel został zniszczony.
-Odtwórzcie panel. My robiliśmy rekonstrukcje mozaiki, to jest możliwe.
Ponownie mnie zatyka. Widziałam jakość mozaiki zrobionych przez MULI: fatalnie zamontowane z bardzo widocznymi liniami łączenia się sekcji, kilka mozaiki niedoczyszczonych po fugowaniu, gdzie fuga swą szarością zakrywała kolory, o „równych fugach” między teserami nie wspominając w ogóle.
Iza chce aby tłumaczyć Jej całą rozmowę.
Tłumaczę
– Karolina, z całym szacunkiem, jakość jaką reprezentują wasze mozaiki, ma się nijak do prac które wykonują artyści na waszym biennale. Zwróć uwagę, ze spośród wszystkich artystów mozaiki których zaprosiliście nikt się nie zgodził abyście wykonali montaż. Ludzie zostają dłużej, przebukowują bilety, tylko po to by zamontować samemu swoje dzieła.
Mozaiki nie da się odtworzyć na „pstryk”. Panel został zniszczony, elementy są luźne. To wszystko trzeba będzie zrobić od nowa.
– Damy wam wsparcie, damy wam wolontariuszy do układania .Justyna, wybraliśmy twój projekt bo nam się podobał, tak jak twoje port folio. Chcemy mieć twoją pracę w Cali.
– Rozumiem ich- mówi Iza- oni chcą mieć duży panel- zostanę z Tobą i ułożymy mozaikę jeszcze raz.

Wzruszam się Izy gotowością by zostać i jednocześnie jej niewiedzą.
Na samą myśl o tym, że za kilka godzin będę musiała skuć człowieka ze ściany, a potem spędzić mnóstwo czasu czyszcząc uszkodzoną mozaikę z zaschniętego kleju ogarnia mnie wstręt, o całej reszcie karkołomnych ruchów mających na celu realizację panelu od nowa nie wspominając.
Nie mam siły. W bezsilności, wzruszeniu, zagubieniu i byciu niezrozumianą godzę się na odtworzenie panelu.
Z perspektywy czasu i dalszych zdarzeń uznam to za szczyt głupoty.
Ksiądz Twardowski ponoć powiedział
„Błogosławieni którzy potrafią śmiać się z własnej głupoty, albowiem będą mieli ubaw do końca”

14732305_1163493190386990_8948856653387267949_n

14907105_1163493110386998_834114732630553093_n

14915211_1163493447053631_4886430037568777407_n

14925642_1163491617053814_1119157218545496670_n

14937403_1163494903720152_7206910933810792996_n

14900527_1163506990385610_8310869296012506699_n

„Kolumbijskie złoto”
Marka zobaczyłysmy po raz pierwszy na lotnisku gdy wraz z nami odbierał bagaże.Okazało się, że lecieliśmy tym samym samolotem z Amsterdamu.
Wsiadł do tego samego auta którym jechałyśmy do hotelu i przedstawił się jako artysta zajmujacy się instalacjami.
Później widywałyśmy go prawie codziennie gdy spokojnie z plecaczkiem przewieszonym przez ramię kręcił się po „naszym” placyku.
Mark był Niemcem, ale organizatorzy uparcie twierdzili, ze jest z Australii. Nie pomagały informacje wysyłane droga mailową, ani bezpośrednie na miejscu w Cali. MULI uznało, że Mark jest z Australii i kropka.
Przez 5 pierwszych dni Bienale nie pracował, mówił, że jego materiały nie dojechały, że czeka na szkło i na złoto.
Tajemniczy gość.
W końcu, po tym jak nasz panel zmył deszcz i przeniosłyśmy się z pracą do warsztatu MULI zobaczyłyśmy jego pracę…niedokończona, bo materiał nie dojechał.
Praca składała się z dużej tafli szkła, grubej na ok. centymetr, szerokiej na ok. 80 cm i długiej na ok. 180 cm posypanej płatkami 24-o karatowego złota.
Ponoć brakło drugiej tafli szkła, by prace dokończyć, by „sandwich” jak nazywano pracę, stał się dziełem sztuki.
Z braku elementu, artysta wyjechał z Kolumbii dzieła niedokończywszy.

„Sandwicha” oglądałam ok. 30 x dziennie przechodząc koło niego w drodze na „nasz skrawek podłogi” gdzie leżały płyty styloduru na których tym razem miała zostać zamontowana nasza mozaika.
Tyle samo razy zastanawiałm się dlaczego zgodziłam się odtworzyć panel…przecież można było wyjechać, zostawić to wszystko.
Trzy dni zajęło nam oczyszczenie oderwanej mozaiki z zaschnietego kleju, uzupełnienie zniszczonych elementów, rozrysowanie projektu od nowa, poukładanie zmytych przez deszcz sekcji i zadecydowanie które nadadzą się do dalszego użytku, a które trzeba będzie zrobić od nowa.
W czwartym dniu przybyli pomocnicy z MULI: Adriana, druga Adriana Jose  i Aurelio .

Było dużo czasu by wsłuchać się w historię kolumbijskiej biedy.
Był czas by wzruszyć się, wolontariusze nam pomagają, choć znowu, patrząc z perspektywy czasu, oni po prostu byli w pracy za którą dostali wynagrodzenie.
Był czas by przeżyć radość z nowo narodzonych szczeniąt  w domu Aurelia i Adriany.
Był czas by zobaczyć jak prędko grupa potrafi odrzucić jednego z jej członków, Jose.
Był czas by poeksperymentować z owocami egzotycznymi i zrobić kilka litrów najróżniejszych soków w „liquadorze”, podstawowym narzędziu kuchennym większości kolumbijskich kuchni.

Był czas na przeprowadzki z hotelu do hostelu, z hostelu na kanapy w MULI, z kanap w MULI do domu Adriany i Juliana.
Po 6 ciu dniach układania, nowy-stary puzel był gotowy.
Dwa kolejne dni zajął montaż, podczas którego wydarzyło się wiele, ale wystarczy już opisów….
Z jakiegoś niewiadomego powodu zmieniono lokalizację, ze stacji niebieskiej, na stację pomarańczową MIOCABLE.
Skończony panel w nocy wyglądał tak jak na zdjęciach.
Organizatorzy nadal nie wysłali  zdjęć pracy w dzień.

Kolumbia-Puls życia…przeczucie  śmierci…autentyczność.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

całość  nr.2 w warsztacie przed montażem

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

praca przed montażem

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

detal głowy

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Panorama 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

cała ekipa po montażu

na koniec krótki wywiad Agnieszki Kopczyńskiej-Moskaluk po powrocie z Kolumbii
http://www.radioplus.pl/program-czytaj/1104/104807/kobieca_strona_swiata_-_kolumbia_18_10_2016

 

 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *